|
Brian Aldiss
Cieplarnia
. 14 .
Podczas gdy Poyly i Gren spoczywali
pogr��eni we �nie, smardz czuwa�. Sen nie le�a� w jego naturze. W tym momencie
grzyb przypomina� ma�ego ch�opca, kt�ry wpad� do jaskini i zasta� j� pe�n�
klejnot�w; potkn�� si� o bogactwo, jakiego sam w�a�ciciel nie podejrzewa�, a
smardz nie by�by sob�, gdyby opar� si� pokusie zbadania tych skarb�w. Wiele
niezwyk�ych widziade� zak��ca�o sen, jaki dzielili Poyly z Grenem. Ca�e bloki
minionych dozna� majaczy�y niby miasta we mgle, wybucha�y przed ich u�pionym
okiem i znika�y. Odrzuciwszy w�asne os�dy, by nie wywo�a� oporu pok�ad�w
nie�wiadomo�ci, przez kt�re przenika�, smardz przedziera� si� w g��b mrocznych
korytarzy pami�ci, gdzie nagromadzone by�y intuicyjne reakcje Grena i Poyly.
D�uga to by�a podr�. Wiele w niej znak�w, zatartych przez
niezliczone pokolenia, zwodzi�o na manowce. Powoli smardz obsuwa� si� do
archiw�w dni poprzedzaj�cych wzrost aktywno�ci s�onecznej - dni, kiedy cz�owiek
by� o wiele inteligentniejsz� i agresywniejsz� istot� od swego obecnego
nadrzewnego odpowiednika. W zachwycie i zadziwieniu zbada� wielkie cywilizacje,
po czym cofn�� si� jeszcze dalej, daleko w przesz�o��, w bezsprzecznie
najd�u�sz� i najmroczniejsz� epok� dziej�w cz�owieka, nim jego historia si�
zacz�a, kiedy nie mia� on nawet ognia, by si� ogrza� w nocy, ani m�zgu, by
pokierowa� jego d�oni� na polowaniu. I tam, b��dz�c po omacku w�r�d samych ju�
skorup ludzkiej pami�ci, dokona� smardz zdumiewaj�cego odkrycia. Na wiele
uderze� serca zapad� w bezw�ad, nim zdo�a� w pe�ni zrozumie� znaczenie tego, na
co si� natkn��.
Obudzi� Grena i Poyly brz�czeniem w ich m�zgach.
Przewracali si� wyczerpani z boku na bok, ale od tego wewn�trznego g�osu nie
by�o ucieczki.
- Gren! Poyly! Dokona�em wielkiego odkrycia! Jeste�my
znacznie bli�ej spokrewnieni, ni� wam si� wydaje! Pulsuj�c od wybuchu emocji,
jakiego nigdy przedtem u niego nie widzieli, smardz rzuci� przed nich obrazy
przechowane w otch�aniach ich w�asnej nie�wiadomej pami�ci. Najpierw pokaza� im
z�oty wiek cz�owieka, czasy pi�knych miast i autostrad, epok� �mia�ych podr�y
na pobliskie planety By� to okres wspania�ych organizacji i aspiracji, koalicji,
komun i komitet�w, ludzie jednak nie byli w widoczny spos�b szcz�liwsi od swych
antenat�w. �yli pod presj� rozmaitych antagonizm�w, jak ich przodkowie. Znacznie
�atwiej gin�li milionami w wojnach ekonomicznych lub totalnych.
Nast�pnie - pokaza� smardz - po wkroczeniu przez S�o�ce w
faz� samozniszczenia, temperatura Ziemi zacz�a si� podnosi�. Zadufani w swojej
technice ludzie szykowali si� na ten krytyczny moment.
- Nie chc� nic wi�cej widzie� - zakwili�a Poyly, gdy� by�y
to sceny bardzo jaskrawe i bolesne.
Smardz ci�gn�� przymusowy wyk�ad w jej g�owie, jakby tego
nie s�ysza�. W trakcie swoich przygotowa� ludzie zacz�li zapada� na zdrowiu.
S�o�ce zalewa�o ich nowym pasmem promieniowania i stopniowo ca�y rodzaj ludzki
zacz�� cierpie� na dziwn� chorob�. Zaatakowa�a ona ich nask�rek, oczy - i m�zgi.
Po d�ugotrwa�ym okresie cierpie� nabrali odporno�ci na promieniowanie.
Wyczo�gali si� z ��ek. Ale nast�pi�a jaka� przemiana. Ju� nie mieli si�y do
panowania, pojmowania, do walki. Byli innymi istotami! Rozpe�zli si� daleko od
swoich wielkich i wspania�ych miast, opu�cili w�asne domy, jakby wszystko, co
by�o im kiedy� bliskie, zrobi�o si� nagle obce. Rozlecia�y si� r�wnie� ich
struktury spo�eczne i w ci�gu jednej nocy zamar�a ca�a organizacja. Od tej pory
chwasty wysz�y, pleni�c si�, na ulice, a py�ek kwietny unosi� si� nad kasami
sklepowymi: rozpocz�o si� natarcie d�ungli. Upadek cz�owieka nie dokona� si�
stopniowo, lecz w jednym przera�liwym wstrz�sie przypominaj�cym runi�cie
wysokiej wie�y.
- Dosy� - Gren przeciwstawi� si� woli smardza. - To, co
by�o, nas nie dotyczy. Czemu mia�oby nas obchodzi� co�, co wydarzy�o si� tak
dawno temu? Przesta� nas m�czy�! Daj nam spa�.
Ogarn�o go dziwaczne uczucie - ko�atania ca�ego jego
wn�trza w nieruchomej na zewn�trz pow�oce cia�a. Smardz w sensie przeno�nym
potrz�sa� nim za ramiona.
- Jeste�cie jak z drewna - d�wi�cza� ow�adni�ty gor�czk�. -
Musicie mnie wys�ucha�. Patrzcie! Cofamy si� teraz do zamierzch�ych dni, kiedy
cz�owiek nie mia� historii ani dziedzictwa, kiedy nawet nie by� cz�owiekiem. By�
wtedy mizerot� podobn� do tego, czym wy teraz jeste�cie...
Poyly z Grenem nie mieli innego wyj�cia, jak tylko obejrze�
kolejne wizje. Pomimo �e kadry by�y zamglone i m�tne, dojrzeli podobnych
ma�piatkom ludzi zsuwaj�cych si� z drzew i biegaj�cych na bosaka w�r�d paproci.
Mali byli ci ludzie, p�ochliwi, nie znaj�cy mowy. Przykucali, podskakiwali,
kryli si� w chaszczach. Szczeg�y by�y niewyra�ne, jako �e nigdy nie zosta�y
wyra�nie zarejestrowane. Zapachy i d�wi�ki by�y ostre, ale jednocze�nie ur�gliwe
jak zagadka. Poyly i Gren widzieli jedynie przeb�yski w p�mroku, w�r�d kt�rych
tamte male�kie istoty pradawnego �wiata przemyka�y, cieszy�y si�, umiera�y. Z
niezrozumia�ych przyczyn ow�adn�a nimi t�sknota i Poyly zap�aka�a.
Pojawi� si� wyra�niejszy obraz. Grupa male�kich ludzik�w
tapla�a si� w bagnie pod gigantycznymi paprociami. Z paproci spada�y jakie�
przedmioty i l�dowa�y im na g�owach. W spadaj�cych kawa�kach rozpoznali smardze.
- W owym wczesnooligoce�skim �wiecie m�j gatunek by�
pierwszym gatunkiem obdarzonym inteligencj� - zabrz�cza� grzyb. - Oto dow�d! W
idealnych warunkach cienia i wilgoci my pierwsi odkryli�my pot�g� my�lenia. Lecz
my�l potrzebuje cz�onk�w, kt�rymi mo�e kierowa�. Zostali�my wi�c paso�ytami tych
ma�ych stworze�, waszych przodk�w z zamierzch�ych czas�w.
I grzyb znowu poci�gn�� Poyly i Grena naprz�d w czasie,
ukazuj�c im prawdziw� histori� rozwoju cz�owieka, kt�ra by�a r�wnie� jego w�asn�
histori�, jako �e smardze z paso�yt�w sta�y si� symbiontami. Z pocz�tku
przylgn�y do zewn�trznych powierzchni czaszek ma�polud�w, a nast�pnie, gdy
ma�poludy zacz�y si� rozwija� w owym zwi�zku, kiedy nauczy�y si� organizacji i
polowania, z wolna zwi�ksza�y im pojemno�� czaszki. Wreszcie nara�one na ci�g�e
niebezpiecze�stwa grzyby przenios�y si� do �rodka, sta�y si� faktycznie cz�ci�
cz�owieka, doskonal�c swoje w�asne talenty pod wypuk�� pokryw� ko�ci.
- Tak oto powsta� prawdziwy rodzaj ludzki - d�wi�cza�
smardz, zarzucaj�c ich krociem obraz�w - Ludzie ro�li i podbili �wiat,
zapominaj�c o �r�dle swego sukcesu, smardzowym m�zgu, kt�ry �y� i umiera� razem
z nimi... Bez nas pozostaliby w�r�d drzew, tak jak bez naszej pomocy �yj� teraz
wasze plemiona.
Aby nie by�o w�tpliwo�ci, ponownie wskrzesi� ich utajone
wspomnienia czasu, kiedy S�o�ce wkroczy�o w swoje ostatnie stadium i ca�y rodzaj
ludzki zaniem�g�.
- Ludzie byli silniejsi fizycznie od smardz�w i cho�
prze�yli wzrost s�onecznego promieniowania, to jednak nie prze�y�y tego ich
symbiotyczne m�zgi. One pomar�y cicho, ugotowane �ywcem w ma�ych ko�cianych
schronach, jakie sobie pobudowa�y Zostawi�y cz�owieka... na pastw� w�asnego losu
z jego naturalnym m�zgiem niewiele lepszym od m�zgu wy�szych gatunk�w
zwierz�t... Nic dziwnego, �e cz�owiek utraci� swoje wspania�e miasta i znowu si�
wyni�s� na drzewa!
- To nie ma dla nas �adnego znaczenia... zupe�nie �adnego -
wyskamla� Gren. - Dlaczego dr�czysz nas teraz t� prastar� katastrof�, kt�r�
sko�czy�o si� wszystko miliony lat temu?
W jego g�owie rozleg� si� cichy, milcz�cy d�wi�k, jakby
�miech smardza.
- Poniewa� dramat mo�e si� jeszcze nie zako�czy�! Ja jestem
z silniejszej rasy ni� tamci, moi pradawni przodkowie, ja mog� znosi� silne
promieniowanie. Podobnie mo�e tw�j gatunek. Nadesz�a historyczna chwila, czas,
aby�my rozpocz�li nast�pny etap symbiozy, r�wnie wielkiej i korzystnej jak
tamta, kt�ra ongi� tak ukszta�towa�a ma�piatki, �e polecia�y do gwiazd! Zegary
inteligencji znowu pocz�y wybija� godziny. Zegary znowu maj� wskaz�wki...
- Gren, ja nic nie rozumiem, on oszala�! - zawo�a�a Poyly,
przera�ona zam�tem pod przymkni�tymi powiekami. - S�uchajcie, jak bij� zegary! -
rozbrzmiewa� smardz. Dla nas bij�, dzieci!
- Ach! S�ysz� je! - j�kn�� Gren, wij�c si� gor�czkowo na
legowisku.
Do ich uszu dociera� ze wszystkich stron t�umi�cy wszystko
inne d�wi�k, pienie dzwoni�ce jak diabelska muzyka.
- Gren, my zwariujemy! - krzycza�a Poyly - To straszna
pie��!
- Dzwony! Dzwony! - hucza� smardz.
Gren i Poyly przebudzili si�, siadaj�c, sk�pani w pocie, z
rozognionym grzybem wok� g��w i kark�w - a straszliwa muzyka dochodzi�a wci��,
jeszcze straszniejsza.
Przez tumult gonitwy my�li dotar�o do nich, �e s� teraz
jedynymi lokatorami jaskini pod pok�adem lawy Wszyscy Pasterze si� wynie�li.
Przera�aj�ce tony, jakie s�yszeli, dochodzi�y z zewn�trz. Trudno by�o
powiedzie�, dlaczego nape�nia�y ich takim przera�eniem. Przewodni motyw brzmia�
niemal jak �piewka, nie dawa� jednak �adnego klucza do rozwik�ania zagadki. By�o
to granie nie dla uszu, ale dla krwi i krew na przemian to styg�a, to kr��y�a
�ywiej w odpowiedzi na zew.
- Musimy i��! - zawo�a�a Poyly, d�wigaj�c si� z wysi�kiem.
- To �piewa nam do wymarszu.
- Co ja narobi�em? - j�kn�� smardz.
- Co si� sta�o? - zapyta� Gren. - Dlaczego musimy i��?
Przylgn�li trwo�liwie do siebie, jednak wiedzeni impulsem nie mogli zosta�.
Cz�onki porusza�y si� wbrew ich woli. Czymkolwiek by�o straszliwe pienie,
zmusza�o do pod��ania w kierunku swego �r�d�a. Nawet smardz nie pomy�la�, �e
mo�na post�pi� inaczej. Bez czucia w cia�ach wywindowali si� na powierzchni�
skaln� pochylni� s�u��c� za schody i znale�li w �rodku koszmaru.
Potworna muzyka d�a wok� nich jak wicher, chocia� �aden
li�� si� nie poruszy�. W�ciekle szarpa�a i wydziera�a im cz�onki. Ale nie byli
jedynymi istotami, kt�re odpowiada�y na ten syreni zew. Stworzenia lataj�ce,
biegaj�ce, skacz�ce, stworzenia, kt�re pe�zaj�, wszystko torowa�o sobie drog�
przez polan�, pod��aj�c w jednym kierunku - do Czarnej Gardzieli.
- Czarna Gardziel! - krzykn�� smardz. - Czarna Gardziel
nam �piewa i musimy i��!
Melodia op�ta�a nie tylko ich uszy, ale i oczy. Samym
siatk�wkom odebra�a cz�ciowo wra�liwo��, tak �e ca�y �wiat jawi� im si� w
czerni, bieli i szaro�ci. Niebo nad g�owami po�yskiwa�o biel�, plami�a je
szaro�� li�ci, pod ich rozp�dzonymi stopami je�y�y si� czarno - szare ska�y Z
wyci�gni�tymi przed siebie ramionami Gren i Poyly zacz�li biec naprz�d w�r�d
�cigaj�cych si� stworze�. Wtedy w owym wirze grozy dostrzegli Pasterzy Stali oni
jak gromada cieni pod ostatnimi pniami figowca. Pasterze byli przywi�zani pasami
lub sznurami do pni. Po�rodku sta� �piewak Iccall, r�wnie� zwi�zany Teraz
�piewa�! �piewa� w wyj�tkowo niedogodnej pozycji, skr�cony, jakby mu przetr�cono
kark; zwiesi� g�ow�, wbijaj�c w ziemi� b��dne spojrzenie. �piewa� co tchu w
p�ucach i krwi w sercu. �piew dobywa� si� m�nie, rzucaj�c wyzwanie pot�dze
pie�ni Czarnej Gardzieli. Mia� swoj� w�asn� si��; moc przeciwstawienia si� z�u,
kt�re mog�oby poci�gn�� wszystkich Pasterzy do �r�de� tamtej drugiej melodii.
Pasterze s�uchali s��w Iccalla w ponurym skupieniu. Nie pozostawali jednak
bezczynni. Przywi�zani do pni zarzucali przed siebie swoje sznurowe sieci,
chwytaj�c stworzenia �migaj�ce ko�o nich w odpowiedzi na nieodparte wezwanie.
Poyly z Grenem nie potrafili zrozumie� tego, co Iccall �piewa�. Nie byli do tego
przyuczeni. Pos�anie jego pie�ni st�amsi� dech Czarnej Gardzieli. Opierali si�
szale�czo jej emanacji - szale�czo, lecz bezskutecznie. Brn�li dalej wbrew samym
sobie. Trzepocz�ce skrzyd�a ptakoro�li uderza�y ich po policzkach. Ca�y ten
bia�o - czarny �wiat d�wiga� si� i czo�ga� w jednym kierunku! Jedynie Pasterze
pozostali nieczuli, zas�uchani w pie�� Iccalla. Kiedy Gren si� potkn��,
galopuj�ce stwory ro�linne przeskoczy�y ponad nim. Z kolei wyroi�y si� z d�ungli
zask�cze i przep�yn�y ko�o nich. Ws�uchani z desperacj� w pie�� Iccalla
Pasterze �owili pojedyncze sztuki z mijaj�cych ich tabun�w i powalaj�c je,
zarzynali po�r�d chaosu.
Poyly z Grenem mijali w�a�nie ostatnich Pasterzy Posuwali
si� szybciej, gdy� straszna melodia przybiera�a na sile. Przed nimi le�a�a
otwarta przestrze�. Obramowana baldachimem resztek ga��zi stercza�a w tle Czarna
Gardziel! Zd�awiony okrzyk - czego? zachwytu? przera�enia? - wydar� im si� z
gard�a na widok tej scenerii. Przera�enie mia�o teraz kszta�ty, nogi i uczucia,
o�ywiane pie�ni� Czarnej Gardzieli. Do niej - widzieli to pustymi �renicami -
toczy� si� strumie� �ycia, odpowiadaj�c na owo przekl�te wezwanie, ile si�
spiesz�c przez pole lawy i w g�r� wulkanicznych stok�w, by wreszcie triumfalnie
rzuci� si� przez kraw�d� w otch�a� wielkiego otworu!
Nowy mro��cy krew w �y�ach obraz uderzy� ich oczy. Ponad
kraw�dzi� Gardzieli pojawi�y si� trzy ogromne, d�ugie, chitynowe palce, kiwaj�c
kusz�co w rytm nieodpartej melodii. Oboje wrzasn�li na ich widok, zdwajaj�c
jednak szybko�� - ich bowiem przyzywa�y szare palce.
- O, Poyly! O, Gren! Gren!
Krzyk dolecia� do nich jak b��dny ognik. Nie zatrzymywali
si�. Grenowi uda�o si� na sekund� zerkn�� w ty�, na podryguj�ce czernie i
szaro�ci lasu. Ostatnim mijanym przez nich Pasterzem by�a Yattmur; nie bacz�c na
pie�� Iccalla, zrzuci�a mocuj�ce j� do drzewa wi�zy. W�osy powiewa�y jej na
wszystkie strony, kiedy przebija�a si� do nich zanurzona po kolana w fali �ycia.
Jej ramiona wyci�ga�y si� do niego jak ramiona kochanki z sennego marzenia. W
przedziwnym �wietle jej twarz by�a szara, lecz biegn�c nieul�kle, �piewa�a tak
jak Iccall pie��, kt�ra mia�a przezwyci�y� t� drug�, szata�sk� melodi�. Gren
zn�w spojrza� na Czarn� Gardziel i natychmiast zapomnia� o Yattmur. D�ugie,
wabi�ce palce przywo�ywa�y tylko jego. Trzymaj�c d�o� Poyly w swojej, mija�
w�a�nie jeden ze skalnych wyst�p�w, kiedy Yattmur z�apa�a go za r�k�. Na zbawcz�
chwil� odwr�ci�a ich uwag�. Z pr�dko�ci� b�yskawicy smardz dojrza� szans�
wyrwania si� z jarzma.
- W bok! - zabrz�cza�. - Na bok, je�li wam �ycie mi�e! Tu�
przy ich �cie�ce wyrasta� dziwny zagajnik m�odych p�d�w. Id�c r�ka w r�k�,
mozolnie skr�cili ku w�tpliwemu schronieniu. Przemkn�� ko�o nich zask�cz, bez
w�tpienia gnaj�cy na skr�ty. Zag��bili si� w szarzy�nie. Od razu potworne pienia
Czarnej Gardzieli straci�y wiele ze swej si�y. Yattmur ze szlochem pad�a Grenowi
w ramiona, ale do ocalenia by�o jeszcze daleko. Poyly dotkn�a przypadkiem
wiotkiego p�du i krzykn�a. HIeista ma� skapn�a jej na g�ow�. Zacisn�a
kurczowo palce na p�dzie i ko�ysa�a nim, nie wiedz�c, co robi. Rozgl�daj�c si�
doko�a, u�wiadomili sobie z rozpacz�, �e znale�li si� w swego rodzaju
niewielkiej zagrodzie. Zaburzenia wzroku zawiod�y ich w pu�apk�. Zask�cz, kt�ry
wpad� tutaj przed nimi, zosta� ju� nieodwracalnie unieruchomiony w wydzielanej
przez p�dy masie. Yattmur pierwsza zrozumia�a prawd�. - �ar�oziel! - zawo�a�a. -
Po�kn�� nas �ar�oziel!
- Przer�ba� przez to drog�, pr�dko! - zabrz�cza� smardz.
Miecz, Gren, szybko, szybko! Poch�ania nas!
Otw�r za ich plecami zwar� si�. Byli ca�kowicie zamkni�ci.
Pu�ap zmarszczy� si� i zacz�� si� na nich osuwa�. Znik�o z�udzenie zagajnika.
Znajdowali si� w �o��dku �ar�oziela. Wyszarpn�wszy miecze, stan�li do walki o
�ycie. Otaczaj�ce ich pr�ty, tak zr�cznie imituj�ce p�dy m�odziutkich drzew,
chyli�y si� i sk�ada�y jak teleskopy, strop osiada�, wydzielaj�c ze swych fa�d
dusz�c� galaret�. Gren wyskoczy� wysoko w g�r�, pot�nie tn�c mieczem. W pow�oce
�ar�oziela pojawi�a si� znaczna szczelina. Obie dziewczyny pomaga�y w jej
powi�kszaniu. Kiedy w�r oklap�, zdo�ali wytkn�� g�owy przez owo rozdarcie,
unikaj�c w ten spos�b niechybnej �mierci. Wr�ci�a za to poprzednia groza.
Zawodzenie �mierci wydobywaj�ce si� z Gardzieli znowu �ci�o im krew w �y�ach.
Ze zdwojon� energi� r�bali �ar�oziela, by uwolniwszy si�, odpowiedzie� na
przera�aj�ce wo�anie.
Byli ju� wolni - pr�cz st�p tkwi�cych po kostki w
galarecie. �ar�oziel przyro�ni�ty na sta�e do filaru skalnego nie m�g� us�ucha�
wezwania Czarnej Gardzieli. Ca�kiem ju� oklap�, jego samotne oko z ponur�
bezsilno�ci� obserwowa�o ich wysi�ki zmierzaj�ce do poci�cia go na kawa�ki.
- Musimy i��! - krzykn�a Poyly, kt�rej wreszcie uda�o si�
wyswobodzi�.
Z jej pomoc� r�wnie� Gren i Yattmur wyrwali si� ze
szcz�tk�w stworzenia. Kiedy odbiegali, widzieli, jak zamyka oko.
Stracili wi�cej czasu, ni� s�dzili. Kleisty szlam na
stopach op�nia� ich bieg. Potr�cani bez przerwy przez inne stworzenia, torowali
sobie drog� przez law�, goni�c resztkami si�. Yattmur nie mia�a ju� si�y podj��
pie�ni. Ich wol� os�abi�a moc pie�ni Czarnej Gardzieli. Pocz�li drapa� si� na
zbocze sto�ka w�r�d, galopuj�cej fantasmagorii �ycia. Trzy d�ugie paluchy kiwa�y
z g�ry w ge�cie z�owieszczego zaproszenia. Pojawi� si� czwarty, a za nim pi�ty
palec, jakby to, co siedzia�o w wulkanie, stopniowo osi�ga�o swoist� kulminacj�.
Ich oczy b��dzi�y w szarej wacie, serca im �omota�y, gdy tymczasem melodia
wzbiera�a niezno�nie. Zask�cze pokaza�y, co potrafi� ich d�ugie zadnie nogi,
sadz�c susami po najbardziej stromych stokach. Przegania�y ich, �migaj�c do
kraw�dzi krateru, z kt�rej oddawa�y sw�j ostatni skok ku nieznanej wabi�cej
sile. Ludzi przepe�ni�a t�sknota za przera�liwym �piewakiem... Zziajani,
wstrzymywani przez lepk� ma� na stopach, pokonywali kilka ostatnich metr�w
dziel�cych ich od Czarnej Gardzieli.
Upiorna pie�� urwa�a si� w po�owie nuty. Nast�pi�o to tak
niespodziewanie, �e run�li plackiem. Ogarn�o ich uczucie wyczerpania i ulgi.
Le�eli, nie otwieraj�c oczu i szlochaj�c. By�o cicho, Gardziel zamilk�a
ca�kowicie. Gren wys�ucha� wielu uderze� swego serca, nim otworzy� jedno oko.
Barwy �wiata wraca�y ponownie na swoje miejsce, biel znowu stapia�a si� z r�em,
szaro�� obraca�a w b��kit i ziele�, i ���, czer� rozmywa�a w ciemny koloryt
lasu. Na ten sam znak wszechw�adne pragnienie obr�ci�o si� w nim w odraz� do
tego, co w�a�nie zamierzali zrobi�. Zgromadzone woko�o stworzenia, kt�re nie
zd��y�y na bolesn� rozkosz pogr��enia si� w Czarnej Gardzieli, wyra�nie
podziela�y jego uczucia. Zawr�ciwszy, poku�tyka�y z powrotem w stron� le�nej
kryj�wki, zrazu wolno, po czym coraz pr�dzej, a� ich nie tak dawna galopada
odwr�ci�a si� w przeciwnym kierunku.
Wkr�tce krajobraz opustosza�. Pi�� d�ugich, upiornych
paluch�w znieruchomia�o jednocze�nie ponad lud�mi na kraw�dzi Czarnej Gardzieli.
Nast�pnie pochowa�y si�, jeden po drugim, zostawiaj�c Grenowi wizj� jakiego�
niewyobra�alnego potwora d�ubi�cego w z�bach po odra�aj�cym posi�ku.
- Gdyby nie �ar�oziel, by�oby ju� po nas - odezwa� si�.
Nic ci nie jest, Poyly?
- Daj mi spok�j - powiedzia�a, nie odrywaj�c d�oni od
twarzy
- Masz do�� si�y, by i��? Na mi�o�� bosk�, wracajmy do
Pasterzy.
- St�j! - krzykn�a Yattmur. - Oszukali�cie Hutweer i ca��
reszt�, �e jeste�cie pot�nymi duchami. Po tym, jak pop�dzili�cie do Czarnej
Gardzieli, wiedz� ju�, �e wielkimi duchami nie jeste�cie. Poniewa� oszukali�cie
ich, z pewno�ci� zabij� was po powrocie.
Gren i Poyly popatrzyli na siebie bezradnie. Bez wzgl�du na
manewry smardza pragn�li znale�� si� w grupie Pasterzy; perspektywa dalszej
samotnej w�dr�wki nie by�a im mi�a.
- Nie b�jcie si� - us�yszeli smardza, kt�ry czyta� w ich
my�lach. - Istniej� jeszcze inne plemiona! Co z tymi Rybiarzami, o kt�rych nam
m�wiono? Sprawiaj� wra�enie plemienia bardziej uleg�ego od Pasterzy Popro�
Yattmur, by nas tam zaprowadzi�a.
- Daleko st�d do Rybiarzy? - zagadn�� Gren dziewczyn�
Pasterzy
U�miechn�wszy si� do niego, �cisn�a mu d�o�.
- Z przyjemno�ci� ci� do nich zaprowadz�. St�d wida� ich
siedziby. - Yattmur wskaza�a w kierunku podn�a wulkanu. Po drugiej stronie g�ry
widnia�a szczelina u podstawy Czarnej Gardzieli. Ze szczeliny wyp�ywa� szeroki,
rw�cy potok. - Tam p�ynie D�uga Woda - powiedzia�a. - Czy widzisz cudaczne
brzuchate drzewa? Jest ich trzy, rosn� na brzegu. Tam w�a�nie mieszkaj�
Rybiarze.
U�miecha�a si�, patrz�c Grenowi prosto w oczy. Jej uroda
zaw�adn�a jego zmys�ami jak co� namacalnego.
- Wyno�my si� z tego krateru, Poyly - powiedzia�.
- To straszliwe �piewaj�ce monstrum...
- Wyci�gn�a d�o�.
Gren uchwyciwszy j�, postawi� Poyly na nogi.
- Ruszajmy wi�c - powiedzia� ostro.
Obj�a prowadzenie i zacz�li schodzi� w kierunku wody,
zerkaj�c za siebie boja�liwie, czy nic nie wylaz�o z wulkanu i nie cz�apie za
nimi.
nast�pny |
|